Reumatolog zażądał 4 tys. zł za dzień. Polityk: dotknij trawy. Dla pacjenta to gorzki znak
Bartosz Fiałek upublicznił ofertę pracy dla publicznej poradni – 4 tys. zł za dzień. Politycy i lekarze ostro dyskutują. Sprawa dotyczy każdego pacjenta czekającego na wizytę na NFZ.
Bartosz Fiałek, znany reumatolog i popularyzator wiedzy medycznej, opublikował w mediach społecznościowych ofertę złożoną publicznej poradni w Sopocie. Lekarz zaproponował stawkę 4 tys. zł brutto za dzień pracy w ramach umowy B2B. Wywołało to ostrą reakcję polityków i lekarzy, a w sieci rozgorzała dyskusja, która dotyczy każdego pacjenta: ile tak naprawdę kosztuje wizyta u specjalisty i dlaczego czeka się na nią miesiącami.
4 tysiące za dzień. Na co poszłyby te pieniądze?
Oferta Fiałka zakładała pracę dwa razy w tygodniu, minimum 21 pacjentów dziennie i 7 godzin pracy. Przy takim obłożeniu na jednego pacjenta przypadałoby średnio 20 minut. Stawka za przyjęcie jednego chorego wyniosłaby 190,48 zł brutto. Lekarz podkreślił, że wynagrodzenie byłoby uzależnione od liczby pacjentów – gdyby było ich mniej, dniówka spadłaby proporcjonalnie. Gdyby przyszło więcej chorych, Fiałek nie dostałby ani złotówki więcej.
Co w praktyce oznacza ta kwota? Przy 52 tygodniach pracy (bez urlopów) daje to około 416 tys. zł brutto rocznie. Pamiętajmy jednak, że to przychód z działalności gospodarczej. Lekarz musiałby z niego opłacić podatki, składki ZUS, ubezpieczenie OC, koszty prowadzenia firmy, szkolenia i często własny sprzęt. W gabinetach prywatnych stawki bywają wyższe, ale pacjent płaci z własnej kieszeni.

Politycy i samorząd lekarski odpowiadają
Do sprawy odniósł się Jakub Kosikowski, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej. „Bartku, proszę, zapoznaj się z kilkoma liczbami: średnia krajowa 9813 zł, mediana 7907 zł. 4 tys. zł dniówki to milion rocznie” – napisał. Jego wyliczenia nie uwzględniały jednak tego, że Fiałek pracowałby tylko dwa dni w tygodniu, a nie pięć.
Głos zabrali też politycy. Były wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński (PiS) przeliczył stawkę na godzinę: „571 złotych za godzinę pracy chce Bartosz Fiałek, posiadacz dwóch dyplomów Collegium Humanum”. Z kolei przewodnicząca klubu Lewicy Anna-Maria Żukowska skomentowała krótko: „Wy nawet nie czujecie, jak bardzo jesteście odrealnieni. Dotknij trawy, chłopie, serio”.
Dlaczego to dotyczy każdego pacjenta?
Spór o stawkę jednego reumatologa to wierzchołek góry lodowej. W publicznej służbie zdrowia reumatologów brakuje, a kolejki do poradni liczy się w miesiącach, a często w latach. Jeśli placówki nie są w stanie zapłacić specjalistom stawek, które uznają za adekwatne, lekarze wybierają prywatne gabinety lub migrują za granicę. Dla pacjenta oznacza to jedno: jeszcze dłuższe oczekiwanie na wizytę w ramach NFZ lub wydatek kilkuset złotych w prywatnej poradni.
Fiałek bronił swojej oferty, argumentując, że niższe stawki mogą skłonić lekarzy do ograniczenia liczby przyjmowanych pacjentów lub rezygnacji z kontraktów z NFZ. Dyskusja pokazuje, jak trudne jest pogodzenie interesów lekarzy, budżetu państwa i praw pacjentów do szybkiej pomocy medycznej.
Co z tego wynika dla ciebie?
Niezależnie od tego, po której stronie sporu stoisz, faktem jest, że dostęp do specjalisty w Polsce jest ograniczony. Jeśli czekasz na wizytę u reumatologa, endokrynologa czy kardiologa – ta dyskusja przekłada się na realny czas twojego oczekiwania. Warto śledzić, jakie stawki proponują publiczne poradnie, bo od nich zależy, czy lekarze zostaną w systemie, czy przejdą do prywatnej praktyki.


