Uczelnie mają walczyć z dezinformacją. Prof. Jemielniak: to zagrożenie dla badań
Nowe przepisy nakładają na polskie uczelnie obowiązek walki z dezinformacją. Prof. Dariusz Jemielniak ostrzega, że może to ograniczyć finansowanie ryzykownych, ale przełomowych badań naukowych.
Polskie uczelnie mają dostać nowy, ustawowy obowiązek – walkę z dezinformacją. Prof. Dariusz Jemielniak z Akademii Leona Koźmińskiego ostrzega jednak, że może to uderzyć w badania, które są ryzykowne, ale często prowadzą do największych odkryć. Co to oznacza dla nauki i dla nas – pacjentów, którzy czekają na nowe terapie?
Czym ma być walka z dezinformacją na uczelniach?
Projekt ustawy zakłada, że uczelnie wyższe będą zobowiązane do podejmowania działań na rzecz przeciwdziałania dezinformacji. To część szerszego trendu w Unii Europejskiej, który ma chronić obywateli przed fałszywymi informacjami, szczególnie w obszarze zdrowia i bezpieczeństwa. W praktyce oznacza to, że jednostki naukowe będą musiały weryfikować treści, które publikują, oraz reagować na fake newsy.
Prof. Jemielniak w rozmowie z serwisem Nauka w Polsce zwraca uwagę, że pomysł jest dobry, ale diabeł tkwi w szczegółach. Jego zdaniem kluczowe jest to, jak nowe przepisy zostaną wdrożone. Jeśli walka z dezinformacją będzie rozumiana zbyt szeroko, może stać się narzędziem do blokowania badań, które wykraczają poza utarte schematy.
Dlaczego ryzykowne badania są ważne?
Nauka nie rozwija się bez ryzyka. Przełomowe odkrycia – od szczepionek mRNA po nowe metody leczenia nowotworów – często rodziły się w kontrowersyjnych projektach, które na początku budziły wątpliwości. Prof. Jemielniak podkreśla, że jeśli uczelnie będą obawiać się finansowania takich badań ze względu na ryzyko oskarżeń o dezinformację, innowacje mogą zostać zahamowane.
– To może sprawić, że naukowcy będą unikać tematów, które są społecznie wrażliwe, a właśnie tam często kryje się największy potencjał – mówi ekspert. Dla pacjentów oznacza to wolniejszy postęp w medycynie i mniej nowych terapii.
Co to oznacza dla pacjentów?
Choć artykuł dotyczy głównie organizacji nauki, jego konsekwencje są bardzo praktyczne. Jeśli polskie uczelnie zaczną unikać ryzykownych badań, to innowacyjne terapie – np. w onkologii czy kardiologii – mogą trafić do nas później niż do pacjentów w innych krajach. Walka z dezinformacją jest ważna, ale nie może odbywać się kosztem postępu.
Ekspert sugeruje, że zamiast nakładać sztywne obowiązki, lepiej inwestować w edukację medialną i krytyczne myślenie. – Uczelnie powinny uczyć, jak odróżniać fakty od fałszu, a nie bać się badać tego, co niewygodne – dodaje.
Jakie są realne zagrożenia?
Prof. Jemielniak wskazuje, że nowe przepisy mogą doprowadzić do sytuacji, w której naukowcy będą sami cenzurować swoje projekty, by uniknąć problemów. To zjawisko znane jako „efekt mrożący” (chilling effect) jest dobrze udokumentowane w literaturze. W praktyce oznacza, że zamiast badać kontrowersyjne, ale ważne tematy, naukowcy wybiorą bezpieczne, mało odkrywcze ścieżki.
Dla czytelnika wp.pl, który codziennie styka się z informacjami o zdrowiu, to sygnał, żeby z większą uwagą przyglądać się źródłom. Jeśli naukowcy będą mniej skłonni do publikowania ryzykownych wyników, w internecie może przybyć miejsca dla niesprawdzonych teorii.
Nowe przepisy mają wejść w życie w przyszłym roku. Na razie trwają konsultacje społeczne. Warto śledzić, jak ostateczna wersja ustawy wpłynie na polską naukę – i na nasze zdrowie.


